Zdecydowałam się wrócić z nimi do LA, rodzice...em nie byli zachwyceni, ale no trudno, jestem dorosła w dodatku w ciąży, a dziecko chcę wychować przy jego ojcu którego bardzo kocham.
Ross był trochę nad opiekuńczy i czasami był nie do zniesienia.
Byłam już w 8 miesiącu, brzuch mi zawadzał, próbowałam się jakoś trzymać, ale nie dawałam rady mimo starań Rossa, często płakałam. Nie dawałam sobie rady z tym wszystkim, Lynchowie z Ratliffem też musieli załatwiać różne sprawy związane z zespołem, często nalegali żebym z nim jechała, w szczególności Ross i Rydel. Nie chciałam, za pewne bym im tylko przeszkadzała.
Takie dni, jak dzisiejszy zawsze spędzałam w łazience z żyletką w ręce...może to nie ucieczka od problemów, ale dawało ulgę...przynajmniej na chwilę. Nie popieram cięcia...bo kto popiera? Ale nie potrafiłam przestać.
Leżałam na sofie w salonie przykryta koce, czekałam aż wrócą i mnie ktoś przytuli. Poczułam silne kopnięcie, jęknęłam cicho. Miałam dość tej ciąży. Może powinnam oddać to dziecko do adopcji...ta, ale już widzę Rossa jak się na to zgadza. Dziecko nie będzie jego problemem tylko moim, on pojedzie w trasę, a ja zostanę z nim sama, zajebiście.
Po kilku godzinach w końcu wrócili, Ross od razu wpadł do salonu żeby sprawdzić czy jest ze mną wszystko dobrze.
-A jak się czujesz? -zapytał siadając i obejmując mnie ramieniem.
-Ross ja nie umieram...jestem tylko...taaa tylko w ciąży -powiedziałam opierając głowę o jego ramię, popatrzył na mnie uważnie i przytulił.
-Martwiłem się, nie odbierałaś... -objął mnie ramieniem.
-Nie potrzebnie...miałam telefon w sypialni -jęknęłam czując kolejne kopnięcie. Położył rękę na moim brzuchu.
-Kocham Was... -szepnął całując mnie w czoło. Westchnęłam, wiedziałam, że prędzej czy później będę mu musiała powiedzieć o adopcji. Bałam się tej rozmowy. Rocky wszedł dumnie do salonu i wepchał się między nas odpychając Rossa, przytulił mnie, uśmiechnęłam się, blondynowi chyba nie za bardzo to się spodobało bo po chwili Rocky siedział na podłodze, a Ross na nim.
-Nie wiem czy wypada mi być zazdrosną, ale jestem! -zawołałam próbując zachować grobową minę.
-Co? Uważasz, że ja z nim...pfff! -zawołał oburzony Ross. -Ja tylko z tobą. -dodał po chwili patrząc na mnie, uśmiechnął się uwodzicielsko.
-Taaa mamy tego skutki... -Rocky. Ross rzucił w niego poduszką. Westchnęłam. -Bo nawet idioto nie potrafisz się zabezpieczyć! -Rocky zwalił z siebie brata i usiadł obok mnie.
-Ja się cieszę, że będę miał dziecko i mi to jakoś nie przeszkadza! -zawołał Ross. Wstał i mocno mnie przytulił. Miałam łzy w oczach, może Rossowi to nie przeszkadzało, ale reszcie chyba tak.
-Ja chyba pójdę się wykąpać...-powiedziałam wstając z trudem, w tym momencie do salonu wszedł Riker z Viktorią.
-Mamy coś dla Was! -zawołał Riker pokazując niebieskie śpioszki. Już było wiadomo, że to chłopczyk. Ross był szczęśliwy i dumny z tego, że będzie ojcem. Podał nam śpioszki, przytuliłam go i Viktorię w podzięce za ubranko. Wyszłam z salonu, zahaczyłam jeszcze o pokój zabierając ręcznik, w łazience był już Ross. Popatrzyłam na niego zdziwiona.
-Chcę się wykąpać... -chciałam go wypchnąć z łazienki, ale nie dałam rady.
-A ja tu zostaję...muszę Cię pilnować. -powiedział zamykając drzwi.
-Taaa jasne, przyznaj się, że chcesz sobie tylko popatrzeć.
-Pfff mogę to zrobić kiedy mam tylko na to ochotę. -powiedział ironicznie, popatrzyłam na niego zdziwiona.
-Jasne! A teraz się odwróć bo chcę się rozebrać! -powiedziałam stanowczo.
-Myślisz, że Cię nigdy nie widziałem nago?
-Jessu Ross! Teraz wyglądam jak jakieś gówno, a to wszystko przez to, że nie potrafisz się zabezpieczyć! -powiedziałam z wyrzutem, miałam łzy w oczach, ale po chwili zaczęłam żałować tych słów.
-Myślałem, że się cieszysz... -Ross mający łzy w oczach...rzadki widok, ale momentalnie robi mi się go w tedy szkoda i mam ogromną potrzebę go przytulić, tak też zrobiłam.
-Cieszę... -skłamałam. -Przepraszam. -pocałowałam go delikatnie. Uśmiechnął się. Pomógł mi się rozebrać, stałam chwilę patrząc w lustro, wyglądałam strasznie...ale jemu to chyba nie przeszkadzało, obejmował mnie od tylu uśmiechając się, po kilku minutach takiego stania w końcu weszłam pod prysznic z nim, pomógł mi się umyć.
Po godzinie leżeliśmy już w łóżku wtuleni w siebie.
Widzę, że już chyba nikt tego nie czyta...
Wiem nie wychodzi mi to pisanie....
przepraszam...
Świetny rozdział :3 będę częściej wpadać *-*
OdpowiedzUsuńOcho... mamy depresję ciążową. Całkiem nieźle to opisałaś.
OdpowiedzUsuńA skoro już przy tym jesteśmy to:
Widać, że dopiero zaczynasz pisać, ale kolejne rozdziały są lepsze. Rozwijasz się. Pierwsze rozdziały: dobra, dalej czytaj, dasz radę. Ale potem tak jakoś mnie zaciekawiło i zaczęłam czytać z chęcią i klikać "następny post".
Ortografia... będę szczera jest źle. To samo dotyczy błędów językowych ale myślę, że się wyrobisz.
Przypomina mi się mój blog, jak zaczynałam... :')
I co do twojego braku wiary w sens tego pisania:
Nie odpuszczaj jeszcze! R5ers tak łatwo się nie poddają! U mnie komentarze pojawiały się jakoś od 30... cała droga przed tobą. Nie schodź z niej na początku.
I jeszcze jedna mała uwaga:
Początek - strasznie słodko, wszystko pięknie się godziło
Teraz - mrok, depresja
Musisz subtelniej dawkować te emocje. Już ci o tym pisałam: oni za bardzo biorą wszystko do siebie. Wypadanie z pokoju z płaczem co 2 rozdziały nie wychodzi naturalnie.
Pamiętaj, to tylko moje zdanie. Jeśli już to krytyka, rada, albo moje zdanie, nie hejt.
To chyba na razie tyle chciałam ci powiedzieć.
Wpadnę jeszcze żeby zobaczyć co zrobisz z tą sytuacją z synkiem.
Pozdrawiam i zapraszam:
r5-sny-nie-spelnione.blogspot.com
Świetnie piszesz, bardzo podoba mi się rozdział :) Ross będzie ojcem - takiej historii jeszcze nie czytałam xD
OdpowiedzUsuń